Idzie wrzesień i początek sezonu na siłowniach, zazwyczaj jest to moment budowania nowych grup, „zagęszczania” zajęć w grafiku i coraz lepszej sprzedaży treningów personalnych klientom obecnym, a jednocześnie oczekiwanie na wrześniowy i październikowy „bum”, gdy wreszcie wszyscy wrócą na siłownie. Tymczasem na siłowniach nadal mniej ludzi niż zwykle, a zajęcia w większości klubów ciągle skrócone do 45 minut.

Co się zmieni tej jesieni?

To będzie sezon inny niż wszystkie. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy mówią, że po lockdown nic się nie zmieniło – klientów jest mniej, bo są wakacje. Ale świadczy to wyłącznie o tym, jak mało te osoby pracują bezpośrednio na linii pracownik – klient. Każdy, kto rozmawia z klientami, czuje, że mają oni swoje obawy dotyczące siłowni. Nie możemy ich oceniać ani ignorować – każdy ma inny poziom wrażliwości, każdy ma prawo się bać.

Czego możemy się spodziewać i jak przygotować się na nowy sezon? Po pierwsze, zanim pomyślimy o klientach, trzeba jednak myśleć o pracownikach. Prosty fakt, o którym niestety czasem zapominamy. To nie osoby zarządzające budują dany klub: to pracownicy przebywający w nim na co dzień tworzą atmosferę.

Dlatego w pierwszej kolejności pomyślmy o tym, by w każdym klubie odbyły się spotkania organizacyjne, by pracownicy poczuli wsparcie ze strony osób odpowiedzialnych. Pamiętajmy, że lojalny trener i instruktor to największy skarb kreujący retencję w klubach. Dlatego dajmy pracownikom poczucie, że są dla nas ważni. W wielu sieciach fitness zostały zlikwidowane dyżury trenerskie – może warto byłoby pomyśleć o tym, jak trenerom zrekompensować to, że je stracili? Może wystarczy edukować ich i pokazywać, że spędzając kilka dodatkowych godzin na siłowni, nawet gdy nie dostają za to pieniędzy: budują swoją markę jako trenera, budują swój wizerunek w oczach klienta. Może właśnie takiego szkolenia w tej chwili nam w branży brakuje. Nawet nie stricte sprzedażowego, a bardziej wizerunkowego.

Obok trenerów mamy jeszcze instruktorów. Oni też są bardzo ważni, a w klubach często traktowani jak „wolne elektrony” – przyjeżdżają na godzinkę, dwie, wpadają i wypadają, nawet nie są uważani za pracowników, a bardziej za „freelancerów. Może to dobry moment, by uczynić ich pracownikami? Instruktorzy, może nawet bardziej niż trenerzy, czują się w tej chwili opuszczeni. Często nie mają jednego pracodawcy, za to są bardziej zżyci z klientami niż niejeden etatowy pracownik klubu. Może wystarczy porozmawiać z nimi szczerze, opowiedzieć o sytuacji, przedstawić im nasz punkt widzenia. Jeśli w tych niepewnych czasach zapewnimy instruktorowi zajęcia, nawet w niewielkiej ilości, ale też pomożemy mu zrozumieć nasze położenie, On również pomoże w klubie i zrobi to z uśmiechem właściwym instruktorom fitness.

Przede wszystkim rozmawiajmy z pracownikami otwarcie; komunikacja będzie naszym kluczem na ten trudny okres. Opowiedzmy im o naszych planach. Powiedzmy, czy i kiedy planujemy rozbudowę grafików, powrót dyżurów trenerskich. Spróbujmy określić, jakie warunki muszą zostać spełnione, by np. instruktor otrzymał nowe godziny czy wyższą stawkę. Im mniej niejasności, tym mniej rozczarowań.

Gdy pracownicy klubu zostaną już wstępnie przyzwyczajeni do nowej sytuacji i tego, że wraz z nowym sezonem możemy nie od razu wrócić do dawnych norm, warto pomyśleć o klientach w konstruowaniu planów na dalsze działanie klubu.

Może my nie chcemy wprowadzać godzin dyżurowych dla trenerów, ale klienci mogą być przyzwyczajeni, że pomoc trenerska jest w naszej siłowni codziennością. Może my nie chcemy, by instruktor miał jak dawniej 10 godzin w tygodniu, bo musimy zminimalizować grafik – ale może też warto poszukać kompromisu, by oferta klubu nadal była dla klienta atrakcyjna.

My jako osoby zarządzające możemy uważać, że stawiamy na jakość a nie na ilość, ale klient wchodzący do klubu po raz pierwszy sprawdza, czy nasz grafik zajęć jest wypełniony – ich jakość zweryfikuje dopiero uczestnicząc w nich. Z klientem, podobnie jak z pracownikiem, też warto rozmawiać. Naprawdę czasem prosta komunikacja: “Drogi Panie, rozumiemy, że trener zawsze był na dyżurze, niestety sytuacja epidemiczna to zmieniła, ale prosimy o pozostawienie numeru telefonu, a trener na pewno się skontaktuje”, jest lepsza niż wymyślanie skomplikowanych wymówek. A klient to też człowiek, być może jego też epidemia dotknęła i na pewno nas zrozumie.

Być może klienci będą się obawiać, że wraz z zagęszczeniem ruchu na siłowniach może wzrosnąć ryzyko zarażenia się wirusem. Dlatego warto zweryfikować w swoim klubie, czy na pewno spełniamy wszelkie zasady (zwłaszcza w świetle dopiero co rozpoczętych kontroli ze strony Sanepidu):

– czy w klubie znajduje się jasna informacja, ile osób może maksymalnie przebywać na terenie klubu

– czy recepcjoniści posiadają maseczki, które mogą założyć, gdy wchodzi klient lub plexi oddzielającą ich od bezpośredniego kontaktu z klientem

– czy sale fitness i szatnie są jasno opisane informacją, ile maksymalnie osób może przebywać na zajęciach i czy instruktor weryfikuje te ilości (lub są one weryfikowane poprzez zapis na zajęcia)

– czy w widocznych miejscach znajduje się informacja o obowiązku zachowania dystansu

– czy środki do dezynfekcji sprzętu i rąk są dostępne wraz z papierowymi ręcznikami, a także należycie opisane

– czy serwis sprzątający jest dostępny w odpowiednich godzinach, by zapewnić klientom komfort korzystania z czystej siłowni

– czy maszyny stoją w odpowiednich odległościach lub czy stojące zbyt blisko siebie sprzęty są wyłączone z użycia i czy nie utrudnia to wykonania treningu (np. wyłączamy z użycia jedyną na siłowni ławkę skośną, przez co klienci narzekają na jej brak lub ćwiczą niezależnie od oznakowania)

Oprócz rozmów z pracownikami i klientami, przede wszystkim sami dla siebie musimy określić dalsze plany. Czy po epidemii planujemy docelowo wrócić do dawnych stawek instruktorskich, dawnych schematów dyżurów, może dawnych godzin otwarcia? Czy też poniekąd wykorzystując sytuację, która wydaje się nieciekawa, mamy okazję zweryfikować dotychczasowe działania? Może są rzeczy, które nie funkcjonowały dobrze, ale nie zmienialiśmy ich, bo były „od zawsze”; zajęcia fitness, które nie mogły się rozkręcić i ucięliśmy je dopiero teraz, dyżury o zbyt wczesnej porze, podczas których trener nie miał tak naprawdę wiele do zrobienia.

Warto określić, na ile chcemy wrócić do tego, co było, a na ile trafił się moment, by pewnych rzeczy już nie wznawiać. Skoro już przechodzimy ten czas, który nie jest łatwy dla żadnej branży, przynajmniej wyciągnijmy wnioski. Zróbmy własny biznes plan, może inny od tego, który mieliśmy. Taki, w którym pracownicy będą nas po prostu rozumieć, a klienci będą czuli się bezpiecznie. To może niewiele, ale na ten moment musi wystarczyć. I może nam pomóc przetrwać, by potem znowu budować swój branżowy sukces.

autor tekstu:
Elżbieta Przygrodzka,
Dyrektor Operacyjny Saturn Fitness

Polecamy także:

7 trendów w branży fitness na rok 2021 wg ISPO i DIFG