Dzisiaj przedstawiam Państwu wywiad z Michałem Koselem. Z moim rozmówcą poruszyliśmy temat odtwarzania muzyki w klubach fitness. Przepisy w tym zakresie są nieprecyzyjne, a kontrolerzy z OZZ często interpretują je dla własnych korzyści. Dlatego też, zamiast analizy prawnej przepisów postanowiłem zamieścić na blogu rozmowę z osobą, która ma ogromne, praktyczne doświadczenie w tym zakresie.

Lektura pozwoli Państwu zrozumieć, kiedy (i czy w ogóle) klub fitness powinien uiszczać opłaty za odtwarzaną muzykę.

Czy Twoim zdaniem klub fitness to miejsce publiczne, tak jak np. centrum handlowe? Jeżeli nie, to dlaczego?

Musimy raz na zawsze zerwać z mitem „miejsca publicznego”, którego definicja, poza słownikową, jest tak problemowa. To, o czym mówi ustawa o Prawie Autorskim to publiczne odtwarzanie lub odtwarzanie w miejscach ogólnodostępnych. Zatem, o ile wspomniane przez Ciebie centrum handlowe, a dokładnie jego hol czy parking w chwili otwarcia kwalifikują się jako miejsce ogólnodostępne, w myśl wyroków mówiących że takowe to: „miejsce ogólnodostępne, otwarte, a więc miejsce, z którego korzystać może nieograniczona liczba osób, niezależnie od tego komu przysługuje prawo własności danej nieruchomości” – NSA z 12 kwietnia 2013 r. sygn. II OSK 2472/11. Jak więc widzisz klub fitness, fryzjer, mechanik, szkoła tańca, czy restauracja takowym nie jest. Co za tym idzie nie dochodzi do naruszenia ustawy, w której jasno jest napisane, iż „odtworzeniem utworu jest jego publiczne udostępnienie (…) umożliwiających korzystanie z utworu publicznie udostępnionego w taki sposób, aby każdy mógł mieć do niego dostęp w miejscu i czasie przez siebie wybranym”.

Czy Twoim zdaniem klub fitness zarabia (choćby pośrednio) na puszczanej muzyce? Jeżeli nie, to dlaczego?

I tutaj kolejną zagwozdka, ponieważ jeśli zapytasz Pani Basi z mięsnego, o to na czym jej zdaniem zarabia np. instruktor tańca, to powie że puszcza muzykę i uczy do niej tańczyć. Trener fitness również wykonuje ruchy do określonej muzyki, więc „pewnie na niej zarabia”. Do tego na nasze próby wyjaśnienia na czym polega ten zawód Pani Basia spojrzy z politowaniem sądząc że kombinujemy w celu ominięcia prawa, wykazując, że wielbłąd jest koniem. A stan faktyczny jest następujący. Kamilu, mniemam, że daleko Ci do certyfikowanego nauczyciela Salsy, prawda?

Kamil Wasilewski: Prawda

Zróbmy eksperyment myślowy – przed Tobą leży tablet z uruchomionym Youtube, a za drzwiami czeka 10 klientów, którzy zapłacili za 1. lekcję tańca salsy, otrzymując jednocześnie gwarancję zwrotu pieniędzy w momencie, gdyby lekcja nie spełniła ich oczekiwań, ergo nie nauczyliby się podstaw (na tyle na ile można ich nauczyć na 1 lekcji). Zgoda?

Jeżeli chodziłoby o zarabianie na muzyce, to w takiej sytuacji wchodzisz na salę, włączasz piosenkę na Youtube, a godzinę później przy recepcji żywego ducha, ponieważ wszyscy wyszli usatysfakcjonowani i ani myślą o zwrocie. Tak się jednak nie dzieje i prawdopodobnie maksymalnie po 10 minutach, wszyscy uznają to za zupełny brak kompetencji i wychodzą, żądając zwrotu pieniędzy, prawda? Zatem Youtube nie wystarczył…

A co do „pośredniej korzyści” o której wspominałaś, odwróćmy sytuacje. Ta sama sala, Ci sami ludzie, ale trener nawet na moment nie włącza muzyki, ponieważ nauka tańca – jak trening na siłowni – wymaga umiejętności fizycznych, doświadczenia, ukończenia kursów i umiejętności pracy z ludźmi, wypracowanej przez lata. Muzyka często nie gra żadnej roli, ponieważ występuje jako potwierdzenie uprzednio uczonej rytmiki i metrum, a czasem służy za przykład pozwalający zastosować nowo nabytą wiedzę w praktyce, lecz nie jest przedmiotem usługi.

Mówiąc prościej, trener uczy ruchów, techniki i rytmiki. Potem dla przykładu puszcza różne kawałki, w różnej prędkości, by pokazać praktyczne zastosowanie nowych, nabytych umiejętności. Ale przedmiotem umowy między trenerem a kursantem jest nauka tańca jako ruchu, a nie umilanie czasu muzyką. Mówiąc jeszcze prościej, klient nie płaci za muzykę, a za naukę techniki, którą później może wykorzystać w różnych sytuacjach.

Wróćmy do eksperymentu myślowego. Za drzwiami jest 10 osób i nie ma żadnego dostępu do muzyki. Wchodzi trener z wieloletnim doświadczeniem i ma za zadanie nauczyć salsy (lub analogicznie – ma przeprowadzić trening personalny na siłowni), ale w tle muzyki brak. Jestem w tej branży ponad 10 lat, gwarantuje Ci, że nikt nie wróci z reklamacją. Muzyka stanowi bowiem jedynie dodatek do kluczowej kwestii jaką jest wypracowanie techniki ruchu.

Ale jak to? Dlaczego klient nie zażąda zwrotu za takie zajęcia? Przecież nie leciała muzyka? Więc powiedzmy sobie wprost- klient w odróżnieniu od pójścia na koncert, na dyskotekę, na spektakl, czy wybrania stacji radiowej nie idzie na zajęcia ze względu na muzykę, tylko po nasze umiejętności. Bez nich żadna muzyka nie zagwarantowałby nam zarobku, o uzyskiwaniu którego jasno mówi ustawa. Co więcej, ustawa wyłącza naruszenie, gdy nie osiągane są przy tym korzyści majątkowe:
* „art 24.2. Posiadacze urządzeń służących do odbioru programu radiowego lub telewizyjnego mogą za ich pomocą odbierać nadawane utwory, choćby urządzenia te były umieszczone w miejscu ogólnie dostępnym, jeżeli nie łączy się z tym osiąganie korzyści majątkowych”.

Inna rzecz, że finałem takiej nauki tańca musiałoby być jedynie tańczenie określonej choreografii, a to się mija z celem. Naszym celem jest nauczyć się tańczyć do mieszanej muzyki w różnych sytuacjach, w klubie, na imprezie, weselu itp., a nie jedynie opanować jedną, konkretną choreografię. Zatem trener, który nas przygotował (zakładając, że jest dobrym trenerem) nauczył nas rytmiki, logiki wykonywania ruchów, poprawił naszą kondycję i nauczył komunikować się niewerbalnie z partnerką, by ta wiedziała jaki kolejny ruch zaplanowaliśmy.

Wyjątkiem mogłyby być np. zajęcia Shakira Style, gdzie wykorzystujemy czyjąś twórczość w postaci zarówno muzyki, jak i choreografii. Wtedy ludzie przechodzący na zajęcia oczekują konkretnej muzyki oraz stylu choreograficznego – w tym przypadku dochodziłoby do osiągania korzyści majątkowych z tytułu wykorzystywania czyjejś twórczości i należałoby się stosowne wynagrodzenie dla artysty.

Skąd zatem wiem, czy osiągam korzyści czy nie? To proste. Zerknij na umowę (jako trener), za co płaci Twój pracodawca. Czy płaci Ci za kompetencje i za poprowadzenie zajęć technicznych, czy za odtwrzanie określonej muzyki, bo tego oczekuje klient?

Jako klub, zerknij w regulamin, by upewnić się czy przedmiotem umowy z klientem jest odtwarzanie muzyki i zabawienie go za jej pośrednictwem, czy zgoła odmienny cel polegający na wykorzystywaniu wiedzy trenerskiej, by poprawić sylwetkę lub zadbać o kondycję, czy nauczyć się tańczyć (do jakiejkolwiek muzyki lub bez niej).

Mimo powyższych wyjaśnień, wierzę, że nasza Pani Basia z mięsnego nadal będzie spoglądała na nas z byka, sądząc, że ładnym językiem pomijamy ustawę. Całe szczęście to nie Pani Basia ustanawia i weryfikuje prawo w tym kraju, zatem dla potwierdzenia powyższych argumentów przytoczmy kilka zapisów w ramach dozwolonego użytku wprost z ustawy:

„Art. 29. Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów (…) lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym celami cytatu, takimi jak wyjaśnianie, polemika, analiza krytyczna lub naukowa, nauczanie lub prawami gatunku twórczości” – tutaj można by się pokusić o interpretacje muzyki w celach nauki rytmiki, tańca i logiki ruchu wraz z kulturą danej dyscypliny tańca.
„Art. 34. Można korzystać z utworów w granicach dozwolonego użytku pod warunkiem wymienienia imienia i nazwiska twórcy oraz źródła (…) Twórcy nie przysługuje prawo do wynagrodzenia, chyba że ustawa stanowi inaczej” – to w przypadku zamieszczania naszych choreografii np. na Youtube, gdzie tworzymy osobny utwór w ramach choreografii, a w tle słychać muzykę, którą interpretujemy przez nasze ruchy. Tutaj dodatkowo trzeba wziąć pod uwagę prawo cytatu. Utworem są także części składowe – nasz pomysł na choreografię i ruchy, zacytowana muzyka, nagranie, które również podlega definicji twórczości. Nie bez znaczenia są także emocje i wyraz artystyczny wraz z przesłaniem, które niesie. O tym dosadnie mówi właśnie prawo autorskie tak chętnie przytaczane przez „agentów” OZZ.

Mamy zatem dwie kluczowe przesłanki, by naruszyć ustawę:

  • odtwarzanie publiczne / w miejscu ogólnodostępnym,
  • osiąganie korzyści majątkowych.

Obie udało się wyjaśnić wyżej i wykazać, że nie występują w naszej branży. Mam jednak niestety smutną wiadomość. Wyobraźcie sobie, że w naszych drzwiach stanęliby smutni jegomoście z ZAiKS, ZPAV czy STOART (gdyby chcieli mnie pozywać za nazwanie ich smutnymi to sprostuje, że nie spotkałem uśmiechniętego, a każdy który w ramach naszej akcji #MamyDość również był niespecjalnie szczęśliwy i uśmiechnięty, co możecie zobaczyć u mnie na Youtube). W momencie wizyty padłoby oskarżenie jakobyśmy okradali artystów, jakimś cudem sprawa trafiłaby do sądu, to ciężar dowodu leży po ich stronie. Jeżeli w wyniku twierdzeń OZZ sprawa trafi do sądu, są dwie rzeczy, które warto wiedzieć:

PIERWSZA: by trafić do sądu musielibyście dać wyraźny dowód tego, że odtwarzanie muzyki jest związane z pozyskiwaniem przez Was korzyści majątkowych (np. przez podpisanie oświadczenia, że zarabiacie na muzyce), a następnie odmówić płacenia z tytułu umowy, którą podpisaliście z – co warto podkreślić – prywatnym podmiotem, jakim jest stowarzyszenie. Inaczej ciężko cokolwiek Wam udowadniać, chociaż pomagaliśmy przy sprawach, gdy posłużono się zgłoszeniem do prokuratury o możliwość popełnienia przestępstwa, co notabene może zrobić każdy Kowalski. Nie mniej jednak, dla zwykłego przedsiębiorcy wezwanie na komendę w celu złożenia wyjaźnień brzmi groźnie. W mojej ocenie, ten akurat przypadek miał na celu złamanie przedsiębiorcy i wcześniejsze przyznanie się jakoby zarabiał na muzyce, a nie na usługach, które świadczył.

DRUGA: by łatwo wykazać, że prowadząc szkołę tańca nie zarabia się na muzyce, co jest logicznym faktem, zapraszam do kontaktu z fundacja, zajmiemy się wszystkimi formalnościami. Chronimy obecnie ok. 200 klubów, a przez ostatnie 4 lata nikt nie przedarł się przez ochronę naszego mocno rozbudowanego działu prawnego.

Jakie masz doświadczenia z OZZ? Jak wyglądają ich kontrole? Jakie uprawnienia mają ich kontrolerzy? Czy w ogóle mają jakieś uprawnienia?

Tutaj zalecam przejrzeć mój kanał na YT, ponieważ to w jakim stylu działali do tej pory agenci lub pełnomocnicy OZZ (to nie kontrolerzy) woła o pomstę do nieba, co widać na nagraniach, a co w poszczególnych przypadkach wykazał Minister w styczniu 2019 jasno krytykując ich praktyki i odbierając uprawnienia stowarzyszeniu ZPAV.

Uprawnienia OZZ bowiem są równe uprawnieniom innych prywatnych stowarzyszeń, a na nagraniach i w kontakcie bezpośrednim zachowują się jakby byli co najmniej urzędem skarbowym. Dam na przykładzie stowarzyszeń ochrony praw zwierząt:

Mamy stowarzyszenie, które na celu ma ochronę zwierząt przed znęcaniem się, mamy szczytny cel i mimo tego, że zwierzęta nie wiedzą, a nawet może nie chcą być chronione i reprezentowane, jednak są. Ale nie w tym rzecz. Takie stowarzyszenie może sobie chodzić od domu do domu pukając do drzwi z zapytaniem „Czy maltretuje Pan/Pani kota?”. Naturalnym jest, że odpowiedź brzmi nie. Zatem reprezentant stowarzyszenia odchodzi z kwitkiem. Nie może zażądać dostępu do pomieszczeń w celu udowodnienia tego faktu, bo byłoby to naruszenie prywatności. Interwencja i wkroczenie na teren prywatny będzie możliwa dopiero w przypadku zgłoszenia nieprawidłowości, w dodatku w asyście policji, jako służby zajmującej się bezpieczeństwem.

Przenosząc jednak problem na realia OZZ i procedury jakimi się one rządzą – reprezentant stowarzyszenia prosi o możliwość wejścia i sprawdzenie tego. My na to pozwalamy, „kontroler” przechadza się żwawo po naszych włościach, notując metraż, ilość okien czy inne absurdalne dane. Następnie ustala wysokość kary wykazując dodatkowo, że wg ich wewnętrznych wytycznych Wasz kot ma za mało witamin w karmie podawanej od tygodnia, woda, którą nalewacie nie była filtrowana w rekomendowanym dzbanku, a jego ulubiony kłębek wełny ma więcej niż 3 tygodnie, co zgromadzenie stowarzyszeń reprezentujących koty uznało za termin graniczny, gdy kotu należy kupić nowy. Otrzymujecie mandat, który przyjmujecie dobrowolnie, do tego przez złożenie podpisu pod przygotowaną przez stowarzyszenie umową, wyraziliście zgodę która obliguje do płacenia miesięcznej składki na rzecz kotów, których reprezentuje owe stowarzyszenie.

Pomijam degrengoladę opisaną wyżej i fakt, że osoby fizyczne są chronione przez Kodeks Cywilny. W polskim systemie prawnym, gdzie obowiązuje dowolność podpisywania umów, wszystko na co się zgodzicie (również w przypadku absurdu opisanego wyżej) jest obowiązujące i w mocy prawa.

Wracając więc do OZZ mogą chodzić, dzwonić, pytać, czy korzystamy z publicznych odtworzeń. Wiadomo co usłyszą od świadomego przedsiębiorcy – na tym etapie nie mają prawa nas nachodzić, nie mają podstawy prawnej. Pojawia się inne pytanie – o czym mówi zatem dokument, którym najczęściej się legitymują z orzełkiem i pieczątką Ministra. Mało kto go czyta, ale warto wiedzieć, że jedyne uprawnienia jakie OZZ otrzymały od Ministra, to możliwość zabrania komuś pieniędzy i oddania komuś komu się należą z uwagi na odtwarzanie ich dzieł, potrącając koszt tego poboru, bo normalnie i legalnie w Polsce w Robin Hooda bawić się nie wolno. Tak w teorii na bazie ustawy, rzeczywistość wygląda nieco smutnej…

OZZ nie mają również żadnego prawa do kontroli, a już na pewno nie do niezapowiedzianych. Przykłady podawania się za „Panią z urzędu”, twierdzenia, że nie muszą się zapowiadać czy twierdzenie, że jak nam się nie podoba to z marszu wytoczą proces karny znajdziecie również w moich materiałach. Grożenie policją jest nagminne, licząc, że ktoś się przestraszy, podpisze umowę, w której przyzna, że zarabia na muzyce i wtedy już nieważne jaka jest prawda, bo mleko się rozlewa, a my na własne życzenie pozbawiamy się linii obrony. OZZ nie informują, że istnieje coś co Minister nazywa licencją ustawową opartą o wyżej już wymieniony Art 24.2. Często wskazują przy tym, że umowy trzeba podpisać i to ze wszystkimi, nie biorąc pod uwagę, że jeśli nie uzyskujemy korzyści majątkowych i nie dochodzi do publicznych odtworzeń, to absolutnie niczego płacić nie trzeba.

Warto również zaznaczyć to, o czym wspomniałem wcześniej – a mianowicie, że na początku stycznia 2019 Minister odebrał prawo jednej z tych organizacji do podpisywania umów i pobierania opłat, wykazując szereg naruszeń ze strony ZPAV. M.in. skrytykował sposób przeprowadzania kontroli, zakwestionował wysokość i zakres pobieranego wynagrodzenia od przedsiębiorców, którego ZPAV nie powinien pobierać. Zakwestionował również to, że po 3 latach przedawnienia się okresu trzymania pieniędzy które pobrał ZPAV, środki pozostawały do jego dyspozycji. O tym wszystkim szczegółowo mówię tutaj:

Teraz na polu zostały już tylko 2 stowarzyszenia – STOART i ZAiKS, ale o tym jak to wygląda po decyzji ministra opiszę w osobnym materiale, ponieważ od kilku miesięcy spływają do nas niesamowite historie opisujące aktualne działania STOART oraz to jak działa ZPAV po utracie licencji i powiem od siebie, że z tych opowieści wynika, że przedsiębiorcy mają się czego obawiać. Wiem, bo sam prowadzę swoje 2 kluby.

Jak zabezpieczasz w swojej działalności kluby fitness oraz inne podmioty z którymi współpracujesz przed ewentualnymi karami ze strony OZZ?

Jako Fundacja Zarabiaj Na Pasji w ramach naszego działu prawnego pomagamy placówkom sportowym wdrożyć pełne procedury i zapisy w umowach oraz regulaminach, które zabezpieczają przed dowolnością interpretacji sposobu działania ich placówki. Dzięki naszej strukturze prawnej są w pełni bezpieczni, a ewentualne roszczenia każdego z OZZ, który dotychczas zapukał do któregokolwiek z naszych klientów ustały natychmiastowo. Interweniowaliśmy w dziesiątkach, jak i nie setkach kontroli w przeciągu ostatnich 4 lat. W żadnym przypadku nie doszło nawet do rozprawy sądowej z klubem. Przed naszym przybyciem od właścicieli żądano nawet 30 000 zł kary wyliczonej wstecz, a po naszej interwencji nagle roszczenia ustały. W mojej ocenie doskonale wiedzą, w jaki sposób wykorzystują zapisy ustawy i jak wprowadzać w błąd przedsiębiorców, wykorzystując ich niewiedzę w celu podpisania umowy. Pokazywali to nie raz, co widać na materiałach na moim kanale. Teraz mam wrażenie, że gdy widzą nasze logo, moje nazwisko lub nasze pisma wola odpuścić i skupić się na tych, którzy się boją i wolą płacić dla świętego spokoju.

Co więcej nowe pisma STOARTU jasno wskazują na to, że próbują zabezpieczyć się przed mądrzejszymi przedsiębiorcami i żądają podpisania pod nowe umowy oświadczeń jakobyśmy, jako klub zarabiali na muzyce. Jeśli nie będziecie uważni, a za kilka lat wkurzycie się na „płacenie za powietrze” (cytat jednego z naszych klientów), to oni będą mogli wyciągnąć Wasze oświadczenie sprzed lat. Kwestie prawne to naprawdę ciekawa dziedzina, lecz jej nieznajomość szkodzi – najbardziej nam samym…

Co powinien zrobić właściciel siłowni, jeżeli odezwie się do niego OZZ?

Niczego nie podpisywać, nie dyskutować, wyprosić z lokalu i prosić o oficjalne pisma. Następnie skontaktować się z nami jak najszybciej! Spróbujemy pomóc!

 

Wywiad przeprowadził Kamil Wasilewski  – prawnik branży fitness – adwokat. Prowadzi bloga prawniczego Prawo dla Fitnessu poświęconego branży fitness Autor wielu publikacji o tematyce prawnej dla branży fitness, które można odnaleźć w czasopismach takich jak Body Life, Trainer czy Perfect Body. Jest uczestnikiem i prelegentem największych branżowych konferencji w kraju takich jak Kongres Bodylife, Kongres FEM, FIWE czy Kongres Fit-Expo Trendy i Innowacje.