źródło: KPRM

Ogłoszone w ostatnim czasie decyzje ministerstwa zdrowia, właśnie zostały podważone przez Rzecznika Rządu. Podczas konferencji, przyznał on, że dzienna liczba zachorowań nie jest najważniejsza. Decydującą jest aktualna sytuacja w szpitalach, a próg 1000 zachorowań dziennie, który Adam Niedzielski podał jako graniczny do wprowadzenia ograniczeń, takim nie jest. Z jednej strony to dobra informacja dla przedsiębiorców, z drugiej kolejne wprowadzenie w błąd przez rządzących.

“Czy jutro poznamy obostrzenia? Czy będą one łagodniejsze i jakich regionów będą dotyczyć?” Takie pytanie usłyszał na dzisiejszej konferencji prasowej rzecznik rządu Piotr Muller, w związku z tym, że liczba dzienna zakażeń nieubłagalnie zbliża się do 1000, a to z kolei granica wprowadzenia obostrzeń, według niedawnych zapowiedzi Ministra Zdrowia.

W odpowiedzi usłyszeliśmy: “W tej chwili trwa dyskusja w rządzie, w jaki sposób ewentualnie zmodyfikować obostrzenia, natomiast w tej chwili nie ma rekomendacji, aby były one zaostrzone w stosunku do obecnie panujących. Obserwujemy sytuację epidemiologiczną na bieżąco. Czym innym jest kwestia zachorowań (rola tego czynnika uległa modyfikacji w stosunku do ubiegłego roku, ponieważ w tej chwili mamy szczepionki). Najbardziej istotne jest to w jaki sposób osoby, które są chore przechodzą zachorowanie, czy te osoby wymagają hospitalizacji, jaka jest możliwość objęcia wszystkich osób, które tego potrzebują niezbędną pomocą medyczną i to są przesłanki, które będą stały za tym czy zaostrzać ograniczenia lub wprowadzać nowe zasady epidemiologiczne.

Jeśli chodzi o progi zachorowań, sytuacja jest dynamiczna. My będziemy ją obserwować i dostosowywać do tego jak wygląda sytuacja w szpitalach.

Jeszcze pod koniec wakacji, Adam Niedzielski ostrzegał: “Żadne ograniczenia nie będą wprowadzane dopóki w Polsce nie zostanie przekroczona liczba 1000 zakażeń dziennie. Jeżeli tak się stanie, w pierwszej kolejności ograniczenia dotkną te regiony, w których notuje się najniższy poziom wyszczepienia”.

Podobnie jak w przypadku wcześniejszych lockdownów, irytacja branży dotyczy nie tylko braku zrozumienia sektora, ale też braku konsekwencji w ogłaszanych decyzjach. To uniemożliwia podejmowanie skutecznych i racjonalnych działań przez przedsiębiorców, którzy za każdym razem otrzymują inne informacje.