Czyli jak nie tworzyć sobie anty-PRu?

Jak w każdej profesji, również w przypadku naszej, na ścieżce kariery czyha na nas, trenerów wiele wizerunkowych, a nawet medialnych niebezpieczeństw. Branża fitness stale ewoluuje i mam wrażenie, że o ile korzystanie z usług trenera personalnego pięć lat temu w Polsce utożsamiane było z luksusem, obecnie coraz mniej spotykam osób, które nigdy z trenerem do czynienia nie miały. Z jednej strony tendencja ta daje pole do popisu profesjonalistom i pozwala im wypływać na głębokie biznesowe wody. Z drugiej natomiast, popyt generuje podaż, za którą kroczy zwiększenie konkurencji na rynku. O ile konkurujemy ze sobą wiedzą, doświadczeniem i filozofią, rynek będzie kwitł i dostarczał każdemu z nas soczystych owoców. Jednak są również działania, przez które rynek treningu personalnego się psuje, nawet gnije, które sprawiają, że klient zraża się do trenerów in genere. Działania, które tworzą o nas stereotypy i które nam wszystkim te owoce zabierają.
Właśnie, co takiego robisz, trenerze, że zniechęcasz do nas ludzi? Jakie jest Twoje siedem grzechów głównych?

Pycha, czyli przechwalanie się ciałem pół gladiatora i pół anioła. Oczywiście, że zadbane ciało jest naszą wizytówką, narzędziem pracy i dla wielu klientów wyznacznikiem jakości naszych usług. Jednak, kiedy większość zdjęć umieszczanych w sieci jest efektem potreningowego, napiętego selfie w lustrze z banalnym zawezwaniem do treningu, potencjalny klient może poczuć się nieco przytłoczony i skrępowany. Zazwyczaj odbiorcami treningów personalnych są sportowi laicy, osoby z różnymi słabościami i kompleksami. Osoby te najczęściej w wysportowanym trenerze już i tak upatrują przymiotów boskich, więc nie trzeba się atrybutami boskości (krata na brzuchu i krągły biceps) na wyrost chwalić. Z drugiej strony, mocno umięśnione ciało kojarzy się jeszcze stereotypowo z postawą skoncentrowaną tylko i wyłącznie na nim, niekoniecznie na intelekcie i wiedzy. A przecież chcemy być postrzegani jako profesjonaliści, prawda?
Ekspozycja zadbanego ciała? Jasne! Byle ze smakiem i w ilości przystępnej dla śmiertelnika.

Chciwość, czyli tylko moja filozofia jest właściwa, tylko mojej filozofii hołdujcie. Ilu trenerów i szkół w fitnessowej doktrynie, tyle technik, opinii i filozofii działania. Rynek treningowy jest na tyle chłonny i płynny, że znajdzie się miejsce i na zwolenników pilatesu i szalonego crossfitu. My trenerzy, patrząc z perspektywy eksperta wiemy, że dla realizacji celu klienta konieczne jest określone treningowe działanie. I oczywiście, że krew zalewa oczy, kiedy klient zakazane pod rygorem sylwetkowej wtopy ma bieganie, a biega w najlepsze. Jednak, chowając swoją trenerską dumę do kieszeni, zrozumieć należy jego postawę i rolę innych wartości płynących dla niego z takiej aktywności. Kiedy zakażesz klientowi działań, w jego oczach słusznych tylko dlatego, że sam byś tak nie zrobił, wychodzisz w jego oczach na fitortodoksa. A historia nas już nie raz nauczyła, że nadgorliwość jego gorsza od faszyzmu, prawda?

Nieczystość, czyli przekłamywanie rzeczywistości. Oczywiście chodzi o nieczyste zagrania trenerów wobec swoich odbiorców, szczególnie w social mediach. Spotkałam się ostatnio z sytuacją, kiedy trenerka na bieżąco wrzucała do sieci posty motywacyjne z efektami swojej pracy nad ciałem do zawodów sylwetkowych oraz z okresu postartowego. Problem polegał na tym, że zawody te miały miejsce jakieś 3 lata temu, a jej ciało obecnie z tamtym nijak nie koresponduje, wręcz realizuje znamiona zaniedbanego. Kiedy zaprasza na treningi personalne, pokazując udo rączej łani, a na pierwsze spotkanie z klientem zabiera udo dzika, ma prawo ten klient czuć się nieco skonfundowany. Nie ma nic złego w gorszej formie, nie ma nic złego w rezygnacji z formy startowej. Ale, po co tego obserwatora okłamywać?
Wręcz przeciwnie, kiedy pokażesz, że też jesteś człowiekiem i zjesz czasami pizzę i wypijesz piwo, rezygnując z pieczonych kamieni oprószonych jarmużem, zyskasz większą sympatię swoich śmiertelnych odbiorców.

Zazdrość, czyli bicie piany w Internecie pod filmem instruktażowym innego trenera, bo w przysiadzie jego nos jest za bardzo zadarty i grozi to nadnerczom. Po pierwsze, strach już cokolwiek opartego na instruktażu do sieci wrzucić, po drugie strach czytać pod tym instruktażem komentarze innych trenerów. Konstruktywna krytyka jeszcze nikomu nie zaszkodziła, jednak obserwuję działania z funkcją krytyki nielicujące, a mające na celu wyszydzenie konkurencji. Dlaczego nie zwrócić uwagi koledze w prywatnej wiadomości? Kiedy pracujemy nad własną marką, stajemy się graczami w szeroko pojętym biznesie. To, w jaki sposób traktujemy konkurencję i o niej mówimy głośno, świadczy o biznesowej elegancji. Im więcej komentarzy, publicznych uwag o konkurencji i aktów ją oczerniających, tym mniej elegancji potencjalny klient przypisze Tobie. A chodzi nam przecież o coś więcej, niż robienie przysiadów. Chcemy przekazać podopiecznym także filozofię, styl życia. Czy właśnie taki?

Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, czyli katorżnicze treningi i diety dla szybkiego i krótkotrwałego efektu. Każdy dobry trener wie, że dla osiągnięcia rezultatów w obrębie sylwetki, kondycji, szeroko rozumianego stylu życia, potrzebna jest praca u podstaw, nie romantyczne treningowo-żywieniowe zrywy. Trenerzy, którzy dają swoim klientom systematyczność, nawyk i bezpieczeństwo, zasługują sobie na ich zaufanie i robią wizerunkowe dobrze naszej profesji. Jednak ciągle jeszcze walczymy z tymi osobnikami, którzy klientów swoich sprzed biurka wprowadzają w katorgę diety na drastycznym deficycie kalorycznym przy sześciodniowym planie treningowym. Spotkałam się z sytuacją, kiedy klientka dostała srogą reprymendę, że na urodzinach córki oddała się swawolnej, nieuzgodnionej z jego wysokością trenerem, degustacji tortu. Ludzie żyją, jedzą, chcą się czasami rozerwać i nie będą działać na dłuższą metę z kimś, kto nie rozumie ich potrzeb i stawia metamorfozę, którą klient się pochwali na fejsie wyżej, niż tego klienta komfort. Uwierzcie, że metoda małych kroków jest szybciej polecana przez klienta dalej, niż treningowo-żywieniowe szaleństwo. To jest człowiek z krwi i kości. Żadnego madnessu i żadnej Sparty.

Gniew, czyli niepanowanie nad emocjami w kontakcie z klientem. Zrozumieć należy, moi mili, że pracujemy z ludźmi. Każdy klient to inna osobowość, inne rozumienie i komunikowanie rzeczywistości i inne spojrzenie na naszą pracę. Jak w każdej działalności usługowej, oprócz wiedzy na temat ludzkich zachowań oraz kompetencji miękkich, musimy cechować się niesamowitymi pokładami cierpliwości. Ostatnio usłyszałam od klientki mojego studia, że zrezygnowała z pracy z poprzednim trenerem, bo miała wrażenie, że go irytuje. Wynikało to z tonu okraszonego pretensją, kiedy nie stosowała się do zaleceń żywieniowych i zasugerowała, że nie do końca są one kompatybilne z jej stylem życia. Czy mamy prawo do własnych emocji i czy mamy prawo wkurzyć się, kiedy dajemy z siebie, w naszym rozumieniu, wszystko, a klient ma to gdzieś? Mamy. Czy mamy prawo okazywać to klientowi? Z biznesowego punktu widzenia, absolutnie nie. Masz prawo przedstawić swoją teorię, wytłumaczyć dlaczego takie rozwiązanie z punktu widzenia eksperta jest słuszne. Nigdy, przenigdy nie możesz pokazywać klientowi, że się złościsz na niego. Chyba, że lubisz chodzić z przestrzelonym kolanem.

Lenistwo, czyli po co się rozwijać, skoro mam klientów. Podejście do samorozwoju zależy od osobowości, to jasne. Jednak niezależnie od osobowości, trener winien jest swoim klientom posiadanie wiedzy i umiejętności z zakresu treningu i kompetencji miękkich. Nie sztuką jest klienta znaleźć, ale sztuką jest go przy sobie zatrzymać.

Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie żałujmy i postarajmy się poprawić. Amen.

Magda Foeller – Trener personalny, właścicielka prestiżowego studia treningów personalnych Magda Foeller Studio, Master Trener metody JustFit EMS. Prezes zarządu spółki Fitness Pro. Członek i trener BNI, największej na świecie organizacji zrzeszającej przedsiębiorców. Absolwentka prawa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, autorka wizerunkowego programu szkoleniowego dla firm BiznesFitness. Systematycznie występuje jako ekspert w programach telewizyjnych, radiowych oraz na ogólnopolskich konferencjach. Na swoim koncie ma współpracę m.in. z BMW Dynamic Motors, Kosmetycznym Instytutem Dr Irena Eris oraz Uniwersytetem Mikołaja Kopernika.
W swojej działalności kieruje się mottem, że tylko jednej osobie na całym świecie musisz się podobać – sobie.